Dlaczego Chiny gardzą demokracją i jaką alternatywę proponują światu?

chinska merytokracja
User avatar Michal Szymanski

Większość z nas, obywateli cywilizacji zachodniej, zdaje sobie sprawę, że Chiny nie są demokracją.

Zdecydowanie mniejsza grupa osób wie, że chińskie elity demokracją pogardzają.

Natomiast już ogromne zdziwienie wśród mieszkańców Zachodu budzi fakt, że przeciętny Chińczyk wcale o demokracji nie marzy, a liberalne wartości i swobody jakimi cieszymy się w Europie dla obywateli Chin nie są sprawą zbyt istotną.

Dlaczego?

Mówiąc krótko - Chińczycy uważają demokrację za system nieefektywny, populistyczny i szkodliwy. Nazywają ją "show-business demokracją" lub "demokracją hollywoodzką", podkreślając, że jest to gra pozorów i konkurs rozdawnictwa, niemający zbyt wiele wspólnego z merytorycznym podejmowaniem decyzji.

Chińczycy sądzą też, że przeciętny obywatel nie ma kompetencji, żeby decydować o sprawach państwa i decyzje te powinny pozostać domeną specjalnie przygotowanych i wykształconych elit.

Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę wyniki niedawnego badania , według których duża część obywateli Polski uważa, że nie płaci żadnych podatków oraz iż wielu Polaków nie wie, że pieniądze na programy typu 500+ pochodzą z podatków własnie, można uznać tezę Chińczyków za bardzo kuszącą.

Według chińskich polityków dopuszczanie przeciętnych obywateli do decydowania o państwie przypomina pozwolenie małemu dziecku, aby decydowało o domowym budżecie - zamiast na opłacenie rachunków całe fundusze przeznaczy na słodycze i krótkoterminowe przyjemności (czyli socjalne rozdawnictwo zamiast długoterminowego, rozsądnego gospodarowania).

Przybliżmy jednak kontekst, żeby właściwie zrozumieć sytuację polityczną w Chinach i tamtejszą perspektywę.

Chiny określają swój system jako merytokrację.

Nie ma tam powszechnych wyborów, a rządy sprawuje jedna partia - Komunistyczna Partia Chin.

Powyższe zdanie budzi jednoznacznie negatywne skojarzenia u osób z naszego kręgu cywilizacyjnego, jednak trzeba wyraźnie zaznaczyć - Komunistyczna Partia Chin w rzeczywistości ani nie jest komunistyczna, ani nawet nie jest partią polityczną w rozumieniu takim jakie znamy w Europie.

Komunistyczna Partia Chin jest bowiem tak naprawdę hierarchiczną korporacją, do której dostać się jest relatywnie trudno, ale jest mimo wszystko instytucją otwartą, o jasnych warunkach przyjęcia oraz (przynajmniej teoretycznie) klarownie opisaną ścieżką kariery, gdzie awans dostaje się na podstawie ocen merytorycznych.

Żeby zarysować właściwą perspektywę - do Komunistycznej Partii Chin należy prawie 90 milionów członków (89 450 000 na rok 2017).

Oczywiście im wyżej w hierarchii, tym warunki awansu są coraz bardziej niejasne i coraz bardziej opierają się na polityce i prywatnych koneksjach. Mimo to niemożliwe jest (jak twierdzą Chińczycy), żeby na szczyt politycznej kariery w Chinach doszedł ktoś, kto nie przeszedł wcześniej całej tej korporacyjnej drabiny i nie piastował przez lata (czy dekady) różnych politycznych i administracyjnych funkcji.

Dlatego Chińczycy szydzą, że u nich Barack Obama czy Donald Trump nie byliby nawet zarządcami małej mieściny, a co dopiero mówić o najwyższych w państwie stanowiskach.

Polityczny system Chin jest więc bardzo unikatowy, niepowtarzalny i budzący liczne spory oraz nieporozumienia (zwłaszcza na Zachodzie). Wszyscy natomiast zgadzają się, że chiński model polityczny jest sprzeczny i podważa podstawowe zasady liberalnej demokracji.

Liberalna demokracja w wydaniu zachodnim została narzucona prawie wszystkim byłym państwom komunistycznym po upadku ZSRR. Prawie, bo Chiny temu dyktatowi nie uległy i najpierw odrzuciły idee trójpodziału władz, a następnie zdecydowanie odrzuciły zasady systemu "checks and balances" - czyli niezależne media i samodzielne społeczeństwo obywatelskie.

Dalej zakwestionowały tak fundamentalną dla Zachodu zasadę jak ta, że legitymacja rządów płynie z powszechnych wyborów przy całkowitej równości głosów wszystkich obywateli. Mówiąc dosadnie - Chińczycy nie zgadzają się, aby głos profesora ekonomii, posiadającego wieloletnie doświadczenie i umiejętności z zakresu gospodarki liczył się tak samo jak głos bezdomnego, nie posiadającego żadnego przygotowania w tej dziedzinie. W Chinach nie ma zgody, żeby obydwaj mieli taki sam wpływ na decyzje dotyczące zarządzania krajem.

Chińczycy uznali, że te zasady (równości głosów i powszechności głosowania) są źródłem rosnącego w świecie zachodnim cynizmu i populizmu, a niektóre formy demokratycznego porządku są raczej "wetokracją".

Szczególnie boleśnie czyta się te opinie z perspektywy Polaka, będącego świadomym historii naszego kraju i tragedii, do jakiej doprowadziła nas szlachecka demokracja i liberum veto.

Tworząc fundamenty swojego systemu politycznego Chiny odwołały się do starożytnych mędrców (z Konfucjuszem na czele) oraz do przykładu Singapuru. W kontekście konfrontacji z wartościami demokratycznymi uznano tutaj, że to wcale nie zasada "jeden człowiek - jeden głos" jest najważniejsza, lecz właściwe przygotowanie i kompetencja osób sprawujących rządy. Mówiąc krótko - to nie partie, głosy i pluralizm są istotne, lecz zdolności, przygotowanie, wykształcenie, wysoki poziom i efektywność osób pełniących najwyższe funkcje w państwie.

Odwołano się więc wprost do konfucjańskiej koncepcji merytokracji, którą Doh Chull Shin (koreański badacz wykładający na uniwersytetach w USA) zdefiniował następująco:

"Oznacza ona wielowymiarowy system rządów z trzema cechami charakterystycznymi:

1. Nakazuje dobór politycznych przywodców na podstawie cnoty oraz zdolności
2. Uniemożliwia zwyklym ludziom udzial w procesie podejmowania decyzji politycznych, wychodząc z założenia, ze nie są oni percepcyjnie zdolni do należytego zrozumienia spraw publicznych
3. Kładzie nacisk na to, zeby rząd dbał o dobrobyt ludu, a to z tego względu, że ludzie zachowują sie moralnie tylko wówczas, gdy spełnione sa ich podstawowe potrzeby"

Model ten odniósł niebywały sukces w Singapurze i przyniósł temu niewielkiem miastu-państwu bezprecedensowy w historii rozwój gospodarczy. Chiny natomiast od samego początku bardzo intensywnie przyglądały się Singapurowi i badały tenże model, aby następnie w wielu aspektach powielić go u siebie. Patrząc na równie niesamowity wzrost gospodarczy w Chinach, trzeba przyznać, że zrobili to skutecznie.

Natomiast zachodni badacz Daniel A.Bell tak pisze o chińskiej merytokracji:

"We wczesnych latach 1990 nikt nie przewidywał, ze chińska gospodarka będzie rosła tak szybko i stanie sie drugą najwiekszą gospodarką na globie. Być może po następnych dwudziestu latach bedziemy debatowali nad tym, jak to polityczna merytokracja w chińskim wydaniu przedlłoży nam alternatywny model, a kto wie, czy nie wyzwanie wobec demokracji w zachodnim wydaniu".

Trzeba dodać, że chińskie elity uważają, iż taki alternatywny model gotowy do zaoferowania reszcie świata już posiadają. Zamierzają też Zachodowi udowodnić, że tenże alternatywny do demokracji model okaże się równie skuteczny, jak chiński model rozwojowy i gospodarczy.

Profesor Hu Angang w następujący sposób pisze o wyższości chińskiego modelu rządzenia nad demokracją:

"Przywództwo kolektywne z cechami chińskimi jest wysoce skuteczne. Zawiera w sobie kolektywną mądrośc, kolektywne podejmowanie decyzji, kolektywną odpowiedzialność oraz nowoczesne działania innowacyjne dokonywane przez partię polityczną oraz ustrój panstwa."

Natomiast profesor Zhang Weiwei bardzo pompatycznie (chociaż niebezpodstawnie) nazywa Chiny państwem-cywilizacją, która emanuje na zewnątrz i poprzez swoją moc narzuca wzór postępowania innym krajom i narodom. Weiwei za przykład rosnącej dominacji Chin podaje Szanghaj, który pod wieloma względami przescignął już ikoniczny dla Zachodu Nowy Jork. Autor ten zresztą chwali Chiny gdzie tylko się da, jednocześnie z lubością krytykując zachodnią demokrację. To właśnie on stworzył i spopularyzował terminy "show-biznes demokracja" i "demokracja hollywoodzka".

Zhang Weiwei twierdzi, że w zachodniej demokracji pokaz i widowisko stają się ważniejsze od podejmowanych decyzji i od efektywnego rządzenia państwem. Jako przeciwieństwo wobec zachodnich polityków stawia chińskich decydentów:

"Nasz kraj może byc rządzony tylko przez ludzi utalentowanych i ekspertów dobranych na zasadach merytokracji"

Na fundamentach takich stwierdzeń Weiwei stawia jeszcze mocniejsze tezy, twierdząc, że w Chinach jest o wiele mniejsze niż w krajach demokratycznych prawdopodobieństwo, że władze przejmą ekstremiści.

Krytyce zachodniej demokracji poświęca on bardzo wiele uwagi. Uważa, że wielopartyjny parlamentarny system krajów zachodnich jest nieefektywny, podatny na korupcje (swoją drogą mocne słowa jak na kraj tak skorumpowany jak Chiny), kupowanie głosów i dobór niekompetentnych osób na najwyższe urzędy.

Z kolei Eric Xun Li, chiński inwestor i badacz jednocześnie, na łamach prestiżowego magazynu "Foreign Affairs" wygłosił prawdziwe peany na cześć chińskiej merytokracji i wprost nazwał ją skuteczną alternatywą dla zachodniej demokracji. Jednocześnie samą Komunistyczną Partię Chin uznał za najbardziej merytokratyczną instytucję polityczną na świecie na dodatek cieszącą się wielkim społecznym poparciem.

Jednak nie tylko chińscy naukowcy wypowiadają się pozytywnie o chińskiej merytokracji. Kanadyjczyk Daniel A. Bell stanowczo broni chińskiego modelu zarządzania państwem i jak sam wyznaje:

"Zachodni czytelnicy mogą skorzystać z poznania chinskiej perspektywy na zagadnienia, o ktorych mają wyraziste poglady. Ja sam nie napisalbym tej ksiażki bez dziesięcioleci życia i pracy w Chinach, a byc może nawet sam byłbym zaszokowany własnymi argumentami, gdyby je czytał, powiedzmy, dwadzieścia lat wcześniej"

Bell podnosi kwestię głęboko ukorzenionej w konfucjańskiej filozofii myśli mówiącej o ignorancji przeciętnego wyborcy. Myśl ta jest fundamentem tezy, że sprawy rządzenia nie powinny zależeć od niekompetentnych mas, lecz starannie dobranych i wykształconych elit.

Mówiąc inaczej - polityczna władza powinna być dzielona na podstawie zdolności i osobistych zasług, a nie na podstawie głosu masowego elektoratu, który najczęściej nie rozumie spraw o których w zachodniej demokracji pozwala się mu decydować. W efekcie tej wrodzonej wady demokracji, masy mogą nawet oddać władzę dyletantom lub szaleńcom, czego przecież demokratyczny Zachód wielokrotnie doświadczył.

Mimo wszystko zachodni komentatorzy z wielkimi wątpliwościami i sceptycyzmem przyjmują te argumenty o wspaniałości chińskiej merytokracji. Uważają oni, że w chińskim systemie o wiele wiekszą rolę niż merytoryczne decyzje odgrywają wszechpoteżne guanxi - czyli personalne powiązania i układy. Krytyka ta znajduje mocne uzasadnienie w badaniach dotyczących korupcji, które wprost wskazują na niebywałą skalę korupcji w Państwie Środka.

Biorąc to wszystko pod uwagę profesor Andrew J. Nathan zarzucił Bellowi, że "prezentuje Chiny wyobrażone, a nie prawdziwe". Andrew nie wierzy, ze pod rzadami KPCh dojda do prawdziwej merytokracji, a Bellowi zarzuca naiwnosc.

Biorąc pod uwagę powyższe argumenty i zestawiając je z faktami otrzymujemy wniosek niejednoznaczny.

Z jednej strony chińska merytokracja osiągnęła niebywałe sukcesy - w ciągu zaledwie kilku dekad z kraju gnębionego skrają biedą i zupełnie pozbawionego znaczenia na arenie międzynarodowej uczyniła supermocarstwo i wyciągnęła z biedy setki milionów ludzi.

Z drugiej strony obecne Chiny są dręczone wielką korupcją, ogromnymi nierównościami dochodowymi i dramatycznie zniszczonym środowiskiem naturalnym. Dodajmy do tego liczne nadużycia władzy, opresje wobec dysydentów, represyjność, walki frakcyjne, nepotyzm, klientelizm, krępowanie swobody wypowiedzi, brak przejrzystości procesu decyzyjnego, cenzure i dominację Partii nad system prawnym.

W zestawieniu z tymi problemami chińskie osiągniecia tracą sporo blasku.

Sami Chińczycy jednak doskonale zdają sobie z tych problemów sprawę i argumentują, że po prostu potrzebują więcej czasu, aby sobie z nimi poradzić. I trzeba uczciwie przyznać, że nie rzucają słów na wiatr. Xi Jinping i kierownictwo Partii wypowiedziały bezparadonową wojnę korupcji, w efekcie której dzieją się rzeczy nie do pomyślenia w zachodnim świecie. Wielu polityków najwyższego szczebla w wyniku zarzutów o korupcje straciła nie tylko stanowiska i wolność, ale też nierzadko życie (wyroki śmierci feruje się w Chinach równie często dla zwykłych obywateli jak i wysokich rangą urzędników czy polityków).

Trudno przewidzieć efekt tych działań. Wielu komentatorów stawia Chiny na przegranej pozycji, jednak sami Chińczycy niewiele sobie z tych opini robią. W ciągu ostatnich kilku dekad udownodniły, że nawet w skrajnie niekorzystnych warunkach potrafią osiągać wspaniałe rezultaty i uważają, że z obecnymi problemami poradzą sobie równie dobrze. Czas pokaże.

Natomiast pytanie do nas, przedstawicieli cywilizacji Zachodniej jest następujące - czy chiński model merytokracji faktycznie jest alternatywą dla demokracji? Czy nadszedł czas zadawania niewygodnych pytań o skuteczność naszego systemu? Czy bezrefleksyjne trwanie przy demokratycznych dogmatach nie stawia nas na przegranej pozycji w nieuchronnej i szybko nadchodzącej konfrontacji z nowym chińskim supermocarstwem?


Głowną inspiracją i źródłem wiedzy do powyższego artykułu była dla mnie fenomenalna książka "Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje" profesora Bogdana Góralczyka.

O autorze
User avatar

Przedsiębiorca, programista, specjalista od marketingu. Założyciel firmy technologicznej MDBootstrap. W 2019 roku umieszczony na liście Forbesa "30 przed 30".

Autor setek artykułów z tematyki programowania, biznesu, marketingu i produktywności. W przeszłości edukator pracujący z trudną młodzieżą w domach dziecka i zakładach poprawczych.

Tancerz, nerd i mól książkowy. Od dziecka zafascynowany historią, filozofią i fizyką.


Liczba komentarzy: 1

Anonim

Fascynujące.