Zasada białego i czarnego kota – czyli jak pragmatyzm w Chinach zaorał komunistyczne brednie

chinski pragmatyzm
User avatar Michal Szymanski

9 września 1976 zmarł Mao Zedong - komunista, wielbiciel Stalina i szaleniec, który zdewastował Chiny oraz spowodował śmierć dziesiątków milionów ludzi, a setki milionów wepchnął w skrajną biedę.

Jego obłąkane pomysły takie jak "Wielki skok" czy "Rewolucja kulturalna" nie tylko zniszczyły chińską gospodarkę, ale co gorsza odcisnęły katastrofalne piętno na mentalności obywateli. Nie liczyła się już prawda, nie miała znaczenia nauka. Jedynym wyznacznikiem była komunistyczna ideologia, działąca według dobrze znanego schematu: "Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów".

Na szczęście dla Chin stary zbrodniarz w końcu wyzionął ducha. Po początkowych perturbacjach władzę w państwie przejął Deng Xiaoping, który później zostanie uznany za ojca gospodarczego sukcesu Państwa Środka i twórcę jego mocarstwowości.

Deng Xiaoping przewodził frakcji na Zachodzie nazywanych "frakcją pragmatyków", a w samych Chinach "grupą stabilności". Szybko i brutalnie rozprawili się z "frakcją cokolwiek" (grupą maniakalnych maoistów, działących według zasady: "Cokolwiek powiedział przewodniczący Mao, jest słuszne - nawet jeśli powoduje śmierć milionów ludzi).

Po przejęciu władzy pragmatycy ustanowili i szeroko rozgłosili naczelną zasadę, którą od tej pory kierować będą się Chiny:

"Praktyka jest jedynym kryterium prawdy"

Wkrótce dołączył do niej szeroko promowany slogan: "Poszukiwać prawdy w faktach".

Obydwie zasady stały się w krótkim czasie nie tylko powszechnie przyjętymi terminami, ale też swoistymi politycznymi dyrektywami.

"Za pomocą takich formuł Deng Xiaoping, który osobiście inspirował i adjustował ten tekst, zaczął dyktować nowe realia w kraju: bez ideologii, z wielkim naciskiem na praktykę, pragmatyzm i trzeźwość w ocenie faktów i sytuacji. Deng zastosowane hasła sprytnie zaczerpnął co prawda z bogatej spuścizny Mao, ale zarazem nie pozostawiał wątpliwości, że to one właśnie miały być kolejnymi symbolami jego pragmatycznego podejścia do polityki i życia, obok słynnej już wtedy 'doktryny dwóch kotów', czyli maksymy 'Nie ważne czy kot jest biały czy czarny - ważne, żeby łapał myszy'".

~ Bogdan Góralczyk - "Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje"

Myli się jednak ten, kto sądzi, że Deng miał zamiar pchnąć Chiny w kierunku demokracji. Pragmatycy chińscy byli o wiele bardziej pragmatyczni niż nasza zachodnia perspektywa jest w stanie zrozumieć. Zaczeli co prawda eksperymentować ze stopniowym wprowadzeniem kapitalizmu i wolnego rynku, ale za reformami gospodarczymi nie szły reformy polityczne.

Najbardziej szokującą sprawą dla ludzi Zachodu jest chyba to, że Mao i jego zbrodnie nigdy nie zostały rozliczone (portrety Mao wciąż wiszą w urzędach czy na Placu Tiananmen). Deng Xiaoping, który osobiście był represjonowany przez Zedonga i zesłany przez niego na wygnanie, nigdy nie podważał mitu "Wielkiego Przedowniczącego Mao".

Pragmatycy chińscy (z których każdy boleśnie doświadczył represji ze strony Mao i jego klakierów) byli tak bardzo pragmatyczni, że zdecydowali się wykorzystać zbudowaną legendę Mao i zaprzęgnąć ją w służbie Chin. Tym samym zupełnie odpuścili osobistą potrzebę zemsty i rozliczenia za doznane krzywdy.

Deng nie akceptował demokracji. Był bezwzględny, często brutalny. Uważał, że Chiny nie mogą bezmyślnie powielać ani drogi zachodnich demokracji, ani ślepo podążać za marksistowskimi ideami czy wzorami płynącymi ze Związku Radzieckiego. W efekcie takich refleksji zaproponował trzecią drogę, która jawić się może jako zupełna sprzeczność.

"Postawiono sobie zbożny cel 'Budowy Chin jako nowoczesnego, silnego państwa socjalistycznego do końca stulecia', a przede wszystkim wydano dyrektywę, by walka o wzrost i postęp gospodarczy zastąpiła dotychczasową, często brutalną i bezpardonową walkę klas. Tym samym walka o rynek, początkowo trudna ze względu na zakorzenione, a raczej siłą wbite do głów schematy, zastąpiła marksistowsko-leninowską walkę klas. Tyle tylko, że tym samym dokonywano iście kopernikańskiego zwrotu, bowiem to właśnie rynek był dotychczas największym wrogiem dla chińskich władz, jako 'całkowicie obcy twórcom marskizmu', a tym bardziej dyktatorskiemu i nierozumiejącemu praw ekonomii Mao".

~ Bogdan Góralczyk - "Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje"

Oficjalnie Chiny nadal pozostają krajem komunistycznym (chociaż coraz częściej nazywają sami siebie "socjalistycznym"). Nie ma tam demokracji, nie obowiązują prawa człowieka. Są krajem autorytarnym, rządzonym przez technokratyczno-biurokratyczną machinę tworzoną przez specjalistów i zarządzaną przez jedną partię. Istnieje wolny rynek, jednak na poziomie dużych przedsiębiorstw bardzo wyraźne piętno odciska interwencjonizm państwowy (Huawei jest oczkiem w głowie parti i nie żałują oni środków na dofinansowania swojego giganta technologicznego).

Jednak na poziomie gospodarczym chiński pragmatyzm całkowicie zaorał chiński komunizm. Pod względem ekonomicznym Chiny są krajem wściekłego kapitalizmu i nikomu nie przeszkadza fakt, że w teorii nadal są państwem komunistycznym. Komunizm i maoizm wykorzystywane są bardzo instrumentalnie, jako idea łącząca naród chiński. Nikt tam już nie zaprząta sobie głowy zupełnie wykluczającymi się sprzecznościami kapitalizmu i komunizmu. Liczy się tylko i wyłącznie pragmatyzm, skuteczność i efekt.

O autorze
User avatar

Przedsiębiorca, programista, specjalista od marketingu. Założyciel firmy technologicznej MDBootstrap. W 2019 roku umieszczony na liście Forbesa "30 przed 30".

Autor setek artykułów z tematyki programowania, biznesu, marketingu i produktywności. W przeszłości edukator pracujący z trudną młodzieżą w domach dziecka i zakładach poprawczych.

Tancerz, nerd i mól książkowy. Od dziecka zafascynowany historią, filozofią i fizyką.